poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Odcinek z życia maturzysty

No dobra. Kiedyś musiał nadejść dzień słowotoku o maturze. Dzień nadszedł, bo chodzą pogłoski, że matura za tydzień, bo Zmora Mojego Życia śpi, a Nemezis pałęta się... Hades wie gdzie. Może brata swojego morduje. Och, mam nadzieję, że nie, nie mam czasu na zakopywanie zwłok.
Bo mam maturę. I tu dochodzimy do obecnego, smutnego punktu mojego życia.


Matura jest złem wcielonym. Szkodzi poważnie, szkodzi bardzo, szkodzi na długo. Zwłaszcza jeśli ktoś ogarnie na tydzień przed jej rozpoczęciem, że heeeej, coś przydałoby się powtórzyć.
Cóż, od dwóch dni siedzę zakopana w streszczeniach lektur, arkuszach z matematyki i kartkach ze słówkami z angielskiego, nie wspominając o tonięciu w żółtych karteczkach z ważnymi pojęciami (i rysunkami małych krakenów. I potworków. I szubienic). No i spoko, to dość typowe z serii "odcinek z życia maturzysty" (maturzysto, który maturę ma w dupie i pierwszy tydzień wakacji celebruje odpowiednio, a nie jak rasowy kujon z kiepskiego serialu amerykańskiego - wiedz, że Cię w tej chwili bardzo mocno nienawidzę).
Nietypowym natomiast zjawiskiem było nawrzeszczenie na telefon o dwunastej w nocy za to, że się rozładował. Może typowe by to było, gdybym dyskutowała ze Zmorą Mojego Życia o planach na przyszłość (dzisiaj stanęło na zostaniu dyktatorem małego państewka i stwierdzeniu, że foki - chociaż słodkie gluty w pierwszych latach życia - to jednak śmierdzą i są problematyczne, jak dorastają, więc ich hodować nie będziemy). Byłoby też w porządku, gdybym toczyła dyskusję z Obamą na temat odstąpienia mi jednego z czołgów za mój urok osobisty (c'mon, facet ma ich na pęczki!).
Ale nie.
Ja na niego wrzeszczałam, bo odebrał mi możliwość korzystania z kalkulatora.
W chwili, gdy uświadomiłam sobie, że nazwałam telefon po raz trzeci "bezużytecznym frajerem", powiodłam nieprzytomnym wzrokiem od niego, do zadań znajdujących się przede mną, następnie do zegarka (00:03, będąc dokładnym) i z ciężkim sercem przyznałam, że może jednak jestem siostrą mojej siostrzycy.
To lekko przerażające.
Właściwie boję się samej siebie.
Boję się samej siebie tym bardziej, że przeleciałam nad kartą z Tumblrem myśląc "neh, nie mam na to czasu, zrobię sobie zadanka".
Oficjalnie straciłam chęć bezmyślnego scrollowania strony z obrazkami (ładnymi), gifami (jeszcze ładniejszymi), dziwnymi teoriami (brzmiącymi jak teorie mojego mózgu) i penis friday. 
Może dlatego, że dzisiaj nie piątek.

... wait.

Jak na YT doszłam od filmów z rozwiązywaniem zadań, do "poradnik piłowania i malowania paznokci"? 
Na co mi poradnik piłowania paznokci?! Same się tępią na kratach, którymi moja cierpliwość odgradza mnie od rozszarpania gardła mojej siostrze.
... khm. Ja nie o tym. 

Podsumowując, cały dzień czytam streszczenia lektur. Robienie zadań z matmy sprawia mi jakąś masochistyczną przyjemność i chcę więcej. Nie chcę scrollować bezmyślnie Tumblra. Ani grać w 2048. Nie mam się gdzie położyć spać, bo na łóżku mam rozwalone notatki i książki. Dostaję ataku paniki, bo jedyne co wiem o unii lubelskiej to fakt, że była ważna i zawarta w roku 1569. Nie czytam fanfiction. Mam opory przed pojechaniem do Zmory. Z ciekawości patrzę na zadania dla rozszerzenia z matematyki. Przyznaję się do pokrewieństwa z siostrzycą.
... 
... 
... 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz