Żyję z dwójką dzieci. Tylko przez trzy dni w tygodniu i dzieci moje nie są (chociaż jestem pewna, że spora część społeczeństwa, która słyszy padające z moich ust "moje dzieci" uważa inaczej), ale jednak jestem zmuszona do obcowania z nimi, bawienia, karmienia i... cóż, wychowywania.
Nie jestem co prawda pewna kto mnie w owe wychowywanie wkopał i w ogóle był na tyle głupi, by pozwolić mi mieć jakikolwiek wpływ na swoje dzieci, ale cóż... Moja siostra nigdy nie grzeszyła inteligencją, a dzieci ktoś wychować powinien. Przynajmniej z takiego założenia wychodzę na co dzień, kiedy tłumaczę, że bicie, rasizm, homofobia, krzyki i siedzenie cały czas przed telewizorem albo komputerem absolutnie nie jest dobrym pomysłem na życie.
Ktoś musi im powiedzieć, że ciemnoskóremu koledze pod żadnym pozorem nie mogą powiedzieć "jesteś brązowy jak gówno", ale zarzucić mu, że jest niewychowaną świnią i idiotą już jak najbardziej mogą, jeśli jest to pewna forma samoobrony (a sam kolega faktycznie jest czepiającym się ich frajerem).
No i ktoś musiał im powiedzieć, że "dupek" pisze się przez "p", a nie "b". Jak już mają kląć i obrażać, to porządnie.
Nad ich sposobem wypowiadania się i zasobem słów też ktoś powinien czuwać, więc nawet z drugiego pokoju potrafię wrzasnąć "poszedłem" albo "wziąć".
Powinni się orientować w kulturze, dlatego oglądają ze mną "Sherlocka" i "Doctora Who" (względnie mnie zmuszają, żebym oglądała z nimi), a na dobranoc opowiadam im życiorys Beksińskiego.
Wiedza ogólna też jest w świecie ceniona i czasem fajnie jest tak rzucić jakąś ciekawostką, więc dbam, by mieli w zanadrzu takie informacje jak to, że Bolesław Krzywousty oślepił swojego brata, Mieszko II był wykastrowany, a cesarzowa Irena zamordowała swojego syna, by zdobyć władzę.
Możliwe też, że to ja byłam osobą, która im wytłumaczyła, jak złamać komuś rękę.
To, że Junior zwany Paskudą układa sobie wisielce z obiadu i namiętnie rysuje je wszędzie, a Młody pomyka wokół próbując przeprowadzać dedukcje jak Sherlock i rysuje nałogowo małe krakeny to skutek uboczny wychowywania i umówmy się, mogło być gorzej, jeśli o skutki uboczne chodzi.
W końcu jeszcze nikogo nie zamordowali, prawda?
Jak zamordują albo rzucą się z nożem to pogadamy.
(O tym, jak skutecznie pozbyć się ciała i dowodów zbrodni.)
Skutki uboczne widać choćby w codziennych rozmowach z nimi, gdzie przebija się ich chęć destrukcji świata:
Paskuda *cicho, ledwo słychać*: Hihihi.
Ja: Hm?
Paskuda: Knuję pułapkę. *chwilę potem* Muahahaha! ... tylko nie wiem skąd wezmę wulkan.
Albo to, jak naprostowuję ich priorytety:
Bawiłam się z Paskudą (i zazwyczaj zabawa z Paskudą oznacza krzyki, rzucanie sobą nawzajem o ścianę oraz ofiary śmiertelne w postaci okolicznych sów i nietoperzy) u siebie w pokoju, chwilę potem zeszłam na dół, gdzie był Młody.
Młody: Co się stało na górze?
Ja: Ach, um... zamordowałam Paskudę.
Młody: *dłuższa chwila namysłu* O nie! I nie dostanę PSP Vita w sobotę!
Ja: Czemu nie?
Młody: Bo będzie jego pogrzeb w sobotę!
Znaczy mniej więcej tak wygląda mój wpływ na nich (i kipiąc samozadowoleniem muszę uściślić, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej). Napomykam o nich, bo ostatnio doszłam do wniosku, że blog powinien być jak najbardziej parentingowy, bo o dzieciach mówię za dużo, za często i ogólnie rzecz biorąc
mam ochotę dzielić się nimi z całym światem.
Teraz dzielę się, bo Młody zabłysnął nowym cytatem, uwaga:
Młody: *odskakując do tyłu* Aaa!
Ja: Co się stało?
Młody: Wydawało mi się, że widziałem szatana w twoich oczach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz