środa, 2 kwietnia 2014

O adresie słów kilka

Znalezienie adresu spędzało mi sen z powiek, czy raczej - biorąc pod uwagę to, czym obecnie zajmować się powinnam - maturę. Nie rozpaczam jakoś szczególnie. Zacznę za miesiąc pewnie, jak dotrze do mnie, że nie wiem w którym roku Karol VI (Albo IX) wprowadził sankcję pragmatyczną albo jakie były przyczyny, skutki i przebieg wiosny ludów. Znaczy na panikę mam czas, założenie bloga na slowotoki uznałam z kolei za rzecz priorytetową.
Szczególnie, że wybierałam między nauką historii, a siedzeniem z rodziną, która tego dnia się zjechała w zatrważającej ilości osób dwudziestu.
Znajomi, którzy wiedzieli ilu ludzi w moim domu było i którzy następnego dnia usłyszeli ode mnie "nie mogę teraz, biegam z łopatą po ogrodzie" wyrazili zaniepokojenie, czy aby ilość członków mojej rodziny drastycznie nie spadła.
Nie spadła. Ale było blisko. Zawsze jest blisko mordu, gdy w zasięgu wzroku jest więcej, niż jedno dziecko.
Jedno, ciche, grzeczne, wytresowane dziecko.
Ewentualnie dziecko w zestawie z Młodym. Młody już jest w tym wieku, że gdy wpadają goście to razem ze mną chowa się pod kocem i udajemy, że nas nie ma.
Dlatego też można założyć, że było dwudziestu gości, w tym szóstka dzieci i Młody.
... ale ja nie zaczęłam od opowieści o tym strasznym dniu, kiedy przyczepiło się do mnie jakieś obce dziecko tulając się, zapewniając o swojej miłości i ciągnąc mnie wszędzie. Uznałabym, że to jakaś wada wrodzona brak instynktu samozachowawczego, ale nie - inne dzieci też tak mają. Nie wiem co im robię, że do mnie lgną. Może powinnam zacząć gryźć, żeby się trzymały z daleka.

Adresem męczyłam również istoty, które miały akurat nieszczęście ze mną rozmawiać.
Po którejś z kolei propozycji, która brzmiała "blablabla.blogspot.com" uznałam, że albo ich kreatywność jest tak kiepska jak moja albo że mają mnie naprawdę dość.
W obydwu wypadkach dałam im spokój, bojąc się, że zostanę porzucona raz na zawsze.

Piwnic nie lubię. Żeby było jasne. Są ciemne, pełne pajęczyn, trupów, szczurów i mnogich cieni, które brzmią jak przepis na zawał w młodym wieku. Mam do spełnienia swój życiowy cel, nie chcę mieć do czynienia z zawałem w takim młodym wieku! D:
... mam do znalezienia cel życiowy. Potem zobaczymy jak ze spełnieniem.
Chyba że liczymy wyhodowanie krakena w mojej lodówce, która ma świetne zadatki na broń biologiczną, to wtedy tak - cel życiowy mam. Do spełnienia jego brakuje mi jedynie ośmiornicy, którą do lodówki bym mogła wrzucić, by tam w pożądane przeze mnie stworzenie wyewoluowała.
Muszę poprosić moją mnogą rodzinę, by zrzuciła się dla mnie na ośmiornicę na urodziny. W podziękowaniu za ten dar wspaniałomyślnie złożę krakenowi jedno z dzieci w ofierze, by rodzinie zapewnić odrobinę spokoju.
... to nie tak, że nie lubię dzieci i chciałabym wszystkie wymordować, a mój instynkt macierzyński, który powinnam mieć zakodowany w genach jest prawdopodobnie tam, gdzie mój instynkt (znaczy gdzieś daleko, najpewniej na Karaibach pijąc drinki z palemką). Po prostu moje podejście do dzieci jest... specyficzne.
No co, no? Zabierają mi lizaki! :<

Piwnica niemniej wzięła się stąd, że poszłam - w akcie desperacji - szukać inspiracji w piosenkach. Inspirację znalazłam, z radością poszłam zakładać blog. Tu mnie przystopowało, bo taki blog został już zajęty przez jakąś laskę, która koniecznie postanowiła podzielić się ze światem swoją opinią na temat kremu do twarzy i zrobić to na oczojebnym, różowym, w kwiatki tle, po czym najwyraźniej zakończyła swoją blogową działalność uznając, że jeden tak ważny post jest absolutnie wystarczający, najpewniej spełnia ją życiowo i pozwala umrzeć w spokoju.
Mam teorię, że umarła, bo na moje skromne pytanie, czy adresu odstąpić by nie zechciała - nie odpisała.

Więc poszłam dalej i tak została piwnica - od "W piwnicy u dziadka". Utwór do bloga ma się nijak, ale uznałam, że "piwnicaeris" brzmi lepiej, niż "niemampozwolenianabroń". I jest krócej.

Pomysłów na sam adres było multum - poczynając od wspomnianego "nie mam pozwolenia na broń", idąc przez "wyprana z kreatywności", a kończąc na "zaraz mnie szlag trafi", czy (inspirowane jednym z moich opowiadań) "mam dziewczynę". To ostatnie uznałam za świetny sposób na coming out, ale dałam sobie spokój.
Jeszcze by ktoś wysnuł pochopne wnioski.
Albo jak najbardziej poprawne, co byłoby jeszcze gorsze.

Wspomniałam o tym, że piwnic nie lubię, to teraz dociągnę wątek, bo gdzieś po drodze go zgubiłam - w piwnicach nie lubię być sama, kojarzą mi się... różnie. Ale wychodzę też z założenia, że mają w sobie to coś, co można określić mianem "magiczne". Czy czymś podobnym. Mają swój urok.
Moje coś tutaj zostanie pewnie uznane za zdrowo popieprzone, zawiłe, pozbawione głębszego sensu i treści.
Co brzmi jak idealny skrót mojego życia.
Różnica polega na tym, że w moim życiu czeka mnie jeszcze uzależnienie od narkotyków, tułaczka po świecie i wydanie książki, która albo zostanie doceniona po mojej śmierci albo przyniesienie mi bogactwo, kiedy to mój geniusz zostanie doceniony i będzie sławiony jeszcze w czasach, gdy ludzie będą się do pracy teleportowali. Jeszcze nie zdecydowałam.
A jak się skończy piwnica... cóż, zobaczymy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz