piątek, 31 października 2014

Tekst: Dzieciak mojego księcia z bajki 1/3

Cóż, blog miał być o wszystkim i o niczym, z naciskiem na kategorię "znaczna część mojego jakże fascynującego życia" (... co aktualnie stanowi jedyną kategorię i obawiam się, że zbyt szybko nie ulegnie zmianie). A znaczą część tego życia wypełnia cukier, kawa, scrollowanie Tumblr i unikanie odpowiedzialności ... Sara, zamknij się i przestań kończyć za mnie zdania.
Niemniej jego znaczną część wypełnia pisanie. Idzie mi to na tyle znośnie, że ludzie komentują pozytywnie, więc piszę jeszcze więcej. 
Czasem naprawdę dziwnych rzeczy.

Ten tekst jest wyjątkowo specyficzny. Główna postać jest absolutnie niewychowana, najwyraźniej paranoiczna i cóż, nie jestem pewna, czy się z nią utożsamiam, czy nie niesamowicie wkurza. I chcę zaznaczyć (zanim ktoś się przyczepi do chociażby wieku dzieciaka) - cały tekst jest pisany z perspektywy bohatera. To są jego myśli, jego poglądy i jego uwagi, które nie zawsze muszą być zgodne z prawdą. ;) 

Dodam, że postać dzieciaka jest pół moim wytworem, pół jednym z moich siostrzeńców (którego nawet bezczelnie zacytowałam, a co).
Błędy poprawiane przez moją Nemezis i chyba powinnam ostrzec przed niestosownymi żartami i przekleństwami, jakie tu występują.
Miłego czytania.


Dzieciak mojego księcia z bajki
Rozdział I

Zanim zacznę tę historię czuję się w obowiązku uściślić, że ja się nigdy o żadnego dzieciaka nie prosiłem, a zwłaszcza takiego. Zanim polecą w moją stronę kamienie dodam, że ręki, ni chuja do wspomnianego bachora nie przyłożyłem. 

Wiecie jak to jest. Wszystko zaczyna się z pozoru niewinnie, bajkowo niemal – w twoim szarym, nudnym życiu przytrafia się jakieś nie do końca wyjaśnione zdarzenie, w wyniku którego poznajesz najpiękniejszą istotę ze wszystkich dotychczas poznanych i niemal automatycznie zaczynasz nazywać ją w myślach miłością swojego życia, z braku bardziej trafnego określenia. 

W dziewięciu przypadkach na dziesięć kończy się to profesjonalnym stalkingiem. 

W siedmiu przypadkach z tych dziewięciu kończy się to w miarę spokojnie i bezpiecznie. 

W dwóch przypadkach z kolei wspomniana Miłość Życia zostanie z paranoją do końca życia, a ty lądujesz w areszcie z wyrokiem absolutnie niesprawiedliwym, zważając na fakt, że przecież chodzi o miłość twojego życia. 

Ale ja chciałem się skupić na tym jednym przypadku, kiedy Miłość Życia uczucie odwzajemnia – a nawet jeśli nie uczucie, to przynajmniej samo zainteresowanie i zgadza się na wyjście na randkę. 

Randka okazuje się być super, drugie, trzecie, dziesiąte spotkanie również. Wszystko układa się po waszej myśli, macie te idiotyczne motylki w brzuchu, rzygacie tęczą i ogólnie nic, tylko śpiewać z wami ten przebój Skaldów o pukaniu w niemalowane, gdy nagle facet wyjeżdża wam z tekstem: 

- Dzisiaj nie mogę, wychodzę do kina z Maksem. 

Na co kulturalnie odpowiadacie jakim, kurwa, Maksem, bo co za facet w wieku dwudziestu pięciu lat odwołuje spotkanie ze swoim przyszłym mężem (lekkie wybiegnięcie planami w przyszłość nikomu jeszcze nie zaszkodziło) na rzecz obejrzenia filmu z jakimś Maksem, który pewnie jest brzydki jak noc, niepożądany jak poranek i śmierdzi jak metro po południu. 

I tu, drodzy państwo, dochodzimy do momentu, gdy do waszego wyśnionego love story z wami i miłością waszego życia w rolach głównych, wpierdala się jakiś bachor. 

I musicie przeprosić wspomnianą miłość za użycie słowa absolutnie niecenzuralnego w pytaniu dotyczącym jej potomstwa. 

Ale dobra – miłość życia jest niesamowicie przystojna, zabawna i o mój Boże, tak niesamowita w łóżku, że myślicie sobie „dobra, da radę to wszystko znieść. Dzieciak niech sobie będzie, ostatecznie nie będę miał swojego faceta na własność” (ten etap związku, kiedy jeszcze żyjecie myślami o następnym spotkaniu i jeszcze nie zaczęliście na poważnie rozważać przedstawienia rodziny. Ale ślub już macie zaplanowany). 

A potem odbieracie telefon: 

- No cześć, kochanie. 

- Cześć. Słuchaj, mam tutaj nagłą sytuację w pracy i nie mam z kim zostawić Maksa. Mógłbyś go przypilnować? Bądź jak najszybciej, proszę.

I myślicie sobie „no kurwa”, ale oczywiście się zgadzacie, no bo jak to tak odmówić, nie chcecie szlabanu na seks przez miesiąc. Więc zbieracie się, zarzucacie kurtkę na kark i idziecie do samochodu, w myślach obmyślając jak najszybszą drogę – przy czym naturalnie „najszybszą” oznacza jedynie dwie godziny jazdy w korkach. I gdy już dociera do was, że tłuczenie się samochodem przez miasto nie zalicza się do „bądź tu jak najszybciej, proszę” to niechętnie idziecie do metra, chociaż zdajecie sobie sprawę z tego, że jest pełne ludzi

Macie ochotę dać w mordę temu dzieciakowi, który ciągle staje wam swoim glanem na nodze (cholerny młodociany metal, jakby w tę pogodę nie mógł założyć obuwia, które nie miażdży innym stóp!), nie wspominając o tym kolesiu, który najwyraźniej nigdy nie słyszał o prysznicu. 

Ale pomimo tego dzielnie się trzymacie zaciskając szczęki, bo to w końcu są ludzie, od nich nie można za wiele oczekiwać. I wylądowanie na komisariacie w tej chwili również się kłóci z zajmowaniem się dzieckiem, chociaż trudno zaprzeczyć, że to byłaby wycieczka jego życia, zapewniająca niezbędne doświadczenie – napatrzyłby się na wytatuowanych, napakowanych mafiozów, naćpane dziwki, śmierdzących żuli spod monopolowego i za jednym razem przeszłaby mu chęć na narkotyki, alkohol i heteroseksualizm. 

Po wyjściu z metra marzycie o możliwości odetchnięcia świeżym powietrzem, ale tłum zna te sztuczki, tłum się nie da i jeszcze przez dobre pół minuty będzie was trzymał w swoich sidłach starając się was udusić. Nie dajecie się, to jasne, nie takie rzeczy przeżyliście, więc wyrywacie się jak najszybciej (i możliwie jak najmniej delikatnie, by sobie ulżyć) i kierujecie się do mieszkania Miłości Swojego Życia i jej bachora. Trochę wściekli na cały świat, przerażeni myślą o siedzeniu z dzieckiem, ale poza tym względnie szczęśliwi, nie mający pojęcia o tym, że katastrofa czai się niedaleko, spoziera z zainteresowaniem i zastanawia się, czy już wyskoczyć, czy jeszcze poczekać. 

- Nie, nie, to nie problem – zapewniam, chociaż Przemek aka Miłość Mojego Życia nawet o to nie pyta. Znaczy pyta, ale nie mnie. 

- Rozumiem, tato, nie musisz mnie przepraszać – mówi bachor. 

Hej, czemu go przeprasza?! Kto by nie chciał ze mną siedzieć?! 

- Jezus Maria, co to za świństwo?! 

- Moja praca na plastykę. 

Dobra, możliwe, że Przemek wie co robi, przepraszając dzieciaka. Na wszelki wypadek próbuję uśmiechnąć się do nich przepraszająco. Przemek zdąża jeszcze spojrzeć na mnie z naganą, przypomnieć, żebym przy młodym nie przeklinał, nie pozwalał mu na zbyt dużo, ani nie ulegał zachciankom i już go nie ma. 

I nagle sytuacja staje się strasznie skomplikowana. Zauważyliście, że sytuacja zawsze się trochę komplikuje, jak zapada niezręczna cisza? 

Mierzę dzieciaka wzrokiem. On wzrokiem mierzy mnie. 

- Dobra. Ja zajmuję się sobą, ty sobą i wszyscy są szczęśliwi. Tylko nie bierz tego zbyt dosłownie, to obleśne robić to podczas zajmowania się dzieckiem – mówi Młody, lekko się krzywiąc na końcu. 

Potrzebuję chwili, żeby zebrać szczękę z podłogi. Czy ten siedmiolatek właśnie nakazał mi nie masturbować się w sąsiednim pomieszczeniu? 

Wow, z tą „szybko dorastającą” zniszczoną, dzisiejszą młodzieżą faktycznie jest coś nie tak. 

Z jej zdaniem na temat mojej osoby też, ale to swoją drogą. Może to tylko ta jedna przeciętna jednostka…? 

- No czego się gapisz? – burczy Maks, patrząc na mnie nieprzyjemnie. 

Zaczynam się zastanawiać, czy za tą niewinną twarzyczką kryje się seryjny morderca trzymający śmiercionośne narzędzia pod łóżkiem. 

- Zbyt przyjemny w obyciu do ty nie jesteś, co? 

- Bo ty to jesteś Królewna Śnieżka – prycha dzieciak, odwracając się ode mnie i siadając przy komputerze. 

No dobra. Miłość Mojego Życia jest absolutnie najkochańszą istotą we wszechświecie. I najmilszą. I najsłodszą. To coś nie może być jej potomstwem! To coś jest podłe, agresywne, najwyraźniej niewychowane, wściekłe na pół świata i… czy Przemek spotyka się ze starszą wersją swojego syna?! 

Przyglądam mu się przez chwilę podejrzliwie, ale potem dochodzę do wniosku, że w sumie dobra, co mi tam, niech sobie dzieciak siedzi przy komputerze, ja potrzebuję kawy, żeby móc dalej funkcjonować w tak stresujących warunkach i z podobną myślą udaję się do kuchni, by wstawić wodę. 

Byłem w tym mieszkaniu wcześniej, raz, jak padało i nie miałem niczego suchego przy sobie, a było dość zimno i przecież nie mogłem jechać przemoczony do domu (czy ja już mówiłem, że żyłem w idealnej historii miłosnej, dopóki ten dzieciak nie wlazł mi w paradę?). Jednak jestem pewien, że wtedy nie widziałem tylu akcentów z serii „wychowuję dziecko”. Z drugiej strony wtedy od razu trafiłem do sypialni Przemka, więc trudno oczekiwać, żebym napatoczył się tam na kolorowe kubki ze Star Wars (dobra, trzeba przyznać, że dzieciak paskudny i podły, jak moja matka, ale przynajmniej ma gust), czy porozrzucane kredki. 

- Hej, ty tam! Twój telefon dzwoni! – rozlega się głos dzieciaka i chwilę potem do mnie również docierają dźwięki mojego dzwonka, więc idę do komórki pozostawionej w kurtce, by zobaczyć kto się do mnie dobija. 

- Hej, stary, słuchaj, nie wpadłbyś do warsztatu? 

- Nie wpadłbym – odpowiadam uprzejmie, przechodząc do pokoju, w którym siedzi Młody, by móc spojrzeć mu przez ramię na ekran monitora. 

A więc tak wyglądają teledyski Behemota… 

- Nie, poważnie. Klient od tego cacka dzwonił, że chce je odzyskać, jak najszybciej. Wiesz, fajnie byłoby mu nie podpadać… - Oczywiście, że fajnie byłoby mu nie podpadać. Jak nic facet jest głową tutejszej mafii i ten samochód kupił za handel ludźmi w Skandynawii. – A ja nie mam zamiaru się tym zajmować, to twój klient. Ty zawalisz, twoja wina. 

- Ja… dobra. Będę jak najszybciej – poddaję się i rozłączam, zanim szanowny kolega z pracy zdąży dodać coś jeszcze. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o dzień wolny. – Hej, młody. Zbieramy się. 

- Zbieraj się. 

- Ja muszę iść do pracy, ty idziesz ze mną – odpowiadam, mordując wzrokiem tył jego głowy. – No już. Kupię ci lody – próbuję po dobroci. 

- Nie przekupisz mnie jedzeniem. 

- Czym cię przekupię? – Ty mały, cholerny… 

- Książką. 

- Co? 

- Książka to takie coś z kartek, co służy do czytania. Na kartkach są literki, które układają się w słowa. Słowa z kolei… 

- Wiem, co to książka! – prycham. – Dobra! Kupię ci książkę. Teraz zakładaj buty i idziemy! 
Dzieciak, wyraźnie uradowany podnosi się z krzesła i idzie do przedpokoju wdziać rzeczone obuwie. Trampki ze Star Wars. Naprawdę zaczynam nabierać do niego szacunku. 

- Ale lody też chcę. 

Nie mogę odgryźć dziecku głowy, nie mogę odgryźć dziecku głowy… 


- To tutaj pracujesz? Wow, mój tato naprawdę nisko upadł – mówi dzieciak z niesmakiem mierząc mój warsztat wzrokiem. 

Nie mogę wepchnąć dziecka pod samochód, nie mogę wepchnąć dziecka pod samochód… 

- Przynajmniej zarabiam tutaj o wiele bardziej przyzwoicie, niż przeciętny Polak – odpowiadam z irytacją, przepuszczając gówniarza przed sobą. 

- Prostytuujesz się tu? To by wiele tłumaczyło, ale obawiam się, że muszę powiedzieć o tym mojemu… 

- NIE! Zamknij się i właź do środka – warczę wściekle, bo jak, u diabła, siedmiolatek może mi wyjeżdżać z takimi uwagami? 

- Cześć, Adaś! Co to za dzieciak? Twój? – pyta szanowny kolega współpracownik. 

- Popierdoliło cię?! – pytam uprzejmie w tej samej chwili, w której Młody z przerażeniem krzyczy: 

- Głupi jesteś?! 

- Jest – uściślam półgębkiem, kładąc rękę na karku młodego, by zmusić go do skrętu za kolejne drzwi, jednak ten jak durny wyrywa się i wykręca głowę, byle tylko jak najdłużej gapić się na kolegę współpracownika. Kolega był tu raptem od miesiąca, nie miałem jakoś okazji zapamiętać imienia. 

- No czego się tak rwiesz do niego? – irytuję się, mając ochotę podnieść dzieciaka za tył kurtki i najzwyczajniej w świecie przenieść. 

- Jeszcze nigdy nie widziałem rasowego idioty z brodą – wyjaśnia dzieciak. 

- A, to proszę bardzo. Pamiątkowe zdjęcie? – proponuję uprzejmie, zaczynając czuć z nim pewną więź porozumienia, ale Młody jedynie kręci głową. 

- Nie, dzięki. Nie mam kolekcji. Jak będę chciał popatrzeć na idiotę, to zacznę się gapić na ciebie. 

… Nie mogę walnąć dzieciakiem o ścianę, nie mogę walnąć dzieciakiem o ścianę. 

- Idziemy – zgrzytam zębami popychając go mało delikatnie przed siebie, dla jego własnego bezpieczeństwa mając nadzieję, że ten niewielki uśmieszek na jego paskudnym pysku mi się jedynie przywidział. 

- Co tu będziesz robił? – pyta z zainteresowaniem nasienie szatana, podczas kiedy ja próbuję wciągnąć na siebie robocze spodnie bez zdejmowania ubrań, które mam na sobie. Cóż, są dość luźne, dałem jakoś radę, bo zdecydowanie nie zamierzam zostawiać tutaj dzieciaka bez opieki. 

- Wprowadzał ostatnie poprawki w tym… cacku – mówię z dumą zdejmując płachtę z jednego z najpiękniejszych samochodów, jakie w życiu widziałem. Oświadczyłbym mu się, gdyby nie wiązało się to z naprawdę paskudnym teściem. Poważnie. Na sam jego widok miałem ochotę oszczędzić mu fatygi i pójść się utopić. 

– A potem stąd spadamy. Tam masz zabawki – wskazuję na stanowisko z narzędziami – zajmij się sobą i daj mi skończyć robotę. 

Dzieciak niemal podejrzanie posłusznie pochodzi do miejsca, które mu wskazałem, ale dobra, może się nawrócił dochodząc do wniosku, że im szybciej zrobię swoje, tym szybciej stąd wyjdziemy. 

Nie waż się dotykać palnika! – zastrzegam, kiedy w końcu orientuję się w jakim kierunku to małe draństwo patrzy. 

Kolejne pół godziny przebiega w miarę spokojnie, kiedy ja zajmuję się sprawdzaniem silnika, a smarkaty bawi się grzecznie gwoździami i młotkiem. Palnika nie ruszył, ale podejrzewam, że tylko i wyłącznie dlatego, że mu go zabrałem z zasięgu rąk. Jeśli życie mnie czegokolwiek nauczyło to tego, by nie ufać dzieciom. Ja pamiętam, co ojcu robiłem (matce się nigdy nie odważyłem, ale z nim jakoś nie miałem problemu. Miły facet. Matka jest podłą harpią w ludzkim wcieleniu. Tatuś najpewniej jakąś odmianą anioła). 

Pół godziny ciszy, jeśli nie liczyć Metalliki, którą puściłem. Jestem absolutnie przekonany, że gdy młody usłyszał pierwsze dźwięki „Enter sandman” w jego oczach pojawił się blask uznania. Nie na długo, ale wystarczająco, bym mógł po raz kolejny docenić jego gust. Niechętnie. Ale cóż, Miłość Mojego Życia dobrze go wychowywała, nie licząc paskudnego charakteru. Nasze dzieci będą o wiele fajniejsze od tego nasienia szatana podrzucającego obecnie młotek. Nasze dzieci będą rzucały nożem do celu, ha! 

Pół godziny, które minęło bardzo szybko i przyjemnie, a ja zdążyłem mieć przebłysk myśli, że w sumie tak, to dzieciakiem mogę się zajmować. 

- Adaś, możesz tu na chwilę? – krzyczy kolega współpracownik, na co ja niechętnie porzucam to, co do tej pory robiłem i idę do tego idioty sprawdzić, czego chce ode mnie tym razem. 

Nie chce niczego konkretnego – znaczy, ok, rozumiem, każdy czasem potrzebuje pomocy współpracownika, ale to tak, jakby facet miał zrobić herbatę i poprosił mnie o przyniesienie torebek z fusami i zalanie ich wodą. Na Boga, nie pracuję tutaj, by go wyręczać w tego typu pierdołach! 

Szczególnie, jeśli jest to mój wolny dzień. 

Ale dobra, jestem grzeczny, obiecałem sobie, że nie będę płoszyć nowych współpracowników, bo to się źle kończy, zawsze potem jest więcej roboty na mojej głowie i trudno jest znaleźć jeszcze kogoś, kto zasługuje na miano „umiarkowanie kompetentnego”. I nie, nie mam wygórowanych wymagań. Jedynie porównuję ewentualnych kandydatów do siebie i jeśli ktoś jest co najmniej w trzech czwartych tak dobry, jak ja, to może ze mną pracować. 

Cóż, przynajmniej kiedyś tak było. Teraz obniżyłem próg i wystarcza mi ktoś, kto umie czytać, wie, co to samochód, silnik i nie zepsuje czegoś, jak poprosi się go o zrobienie kawy. 

- Następnym razem, na Boga, radź sobie sam. I uważaj na tę część, bo… - urywam, momentalnie podrywając głowę do góry i zastygając w bezruchu. 

Przesłyszało mi się, prawda? Musiało mi się przesłyszeć, to przecież niemożliwe, żebym usłyszał trzask szyby w pomieszczeniu, gdzie jedynymi szybami są te w samochodzie Klienta Straszniejszego Od Hannibala Lectera. 

Długi, głośny alarm, który rozlega się dokładnie w tej chwili sprawia, że chce mi się płakać. 

NIE. 

NIENIENIENIENIENIENIE. 

Nie mógł tego zrobić, po prostu nie… NO ŻESZ KURWA MAĆ! 

Wylatuję jak oparzony do sąsiedniego pomieszczenia. 

Samochód z popękaną, przednią szybą. Wbity w nią młotek. Pomiot szatana, któremu za chwilę nogi z dupy powyrywam, a potem potnę na części i sprzedam, by zapłacić za zniszczenie jednego z najdroższych, możliwych samochodów, stoi obok z miną zszokowaną i przerażoną. 

Słusznie, każdy w obliczu nadchodzącej śmierci powinien tak wyglądać. 

Zwłaszcza, że ta śmierć będzie wyjątkowo bolesna, brutalna i chyba mój sąsiad psychopata ma gdzieś w piwnicy profesjonalne urządzenie do łamania ludzi kołem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz